2. 2012-05-23 21:07:14
A teraz jeb! twarzą w stół, czyli Moja Tragiczna Retrospekcja.
(Podtytuły notek służą wprowadzeniu Dramatyzmu przez wielkie "D". Bo fajnie jest wtedy).
Znaczna część mojej wczesnej młodości zgromadziła się w Internecie. Oczywiście, w wieku 7 lat byłam zdecydowanie przeciwko wszelkim ograniczeniom wiekowym, bo jako w pełni dojrzała psychicznie jednostka, uważałam, że miałam prawo do wszystkiego, co zechcę napisać. Racji nie miałam, co widzę z perspektywy czasu i gwałtownej chęci kasowania wszelkich internetowych pozostałości (a do niektórych, niestety, nie pamiętam hasła). Za to stąd wszelkie treści zniknęły, razem z poczuciem wstydu za wszystkich nieletnich użytkowników Internetu. Jako jednostka dzisiaj już w pełni dojrzała psychicznie (zapewne sama siebie wyśmieję za kilka lat za tym podobne stwierdzenia), postanowiłam udręczyć się świadomym masochizmem i przeanalizować swoje blogowe dzieciństwo.
So let's have fun, shall we?
Wszystkie notki, o których będzie tu mowa, nie istnieją już w Internecie. I dobrze.
Moja Tragiczna Retrospekcja: 12.2003-03.2004
Blogasek wita mnie częściowo skasowaną zawartością. Pamiętam, że notki kasowałam, ale nie pamiętam właściwie dlaczego. Miałam wtedy pełne 12 lat -- to chyba wystarczający wiek na poczucie wstydu za swoją własną głupotę.
Zaczyna się od notki z okropnym, jeżdżącym tytułem w htmlu oznaczanym za pomocą marquee behavior=scroll i wyjaśnienia, co oznacza tytuł bloga. Jest to pseudonim Shadowcat, inspirowany serią X-men: Evolution, puszczaną swego czasu na Cartoon Network (pokolenie '92 wychowane na bajkach wita!). Dodatek specjalny, o którym nie wiedziałam -- pseudonim jest zapisany niepoprawnie. Właściwie, swego czasu wszystko zapisywałam niepoprawnie, a już szczególnie imiona i pseudonimy moich ulubionych X-menów (przykład "Thabithy" się kłania). Jak najbardziej towarzyszyło mi przy tym przekonanie, że moja racja jest najracniejsza, wszyscy się mylą i nikt nie ma racji.
Właściwie, te moje, pożal się Boże, "notki", długością nie przekraczają pięciu zdań (z jednym, może dwoma, wyjątkami). Dalej następuje więc wyjątkowo lakonicznie opisane cierpienie z powodu braku sylwestrowej imprezy (problemy dwunastolatki -- ha!), narzekanie, że notek pisać się nie dało, bo grałam cały czas w simsy. Nie brakuje żebrania o komentarze ("Bądźcie tak mili i skomentujcie cosik albo wpiszcie się do księgi."), których i tak nie otrzymałam. Grudzień mija na narzekaniu na brak śniegu i ewentualne wspomnienia o "kumpelce", z którą spotykam się, żeby posiedzieć przy komputerze. Cóż, nawet nie pamiętam kim owa kumpelka była. Mamy też deklarację zapoczątkowania opowiadania, do którego nigdy nie doszło... Na tym blogu. Fan fiction o Harrym Potterze, w przypadku, kiedy nie umie się poprawnie zapisać imion? No przecież, czemu nie!
Ostatnią grudniową notką oczerniam moją klasę, tym razem nie używając prawdziwych danych osobowych, a ograniczając się jedynie do inicjałów. No, może poza jednym przypadkiem, przy którym deklaruję najbardziej zdeklarowaną nienawiść, jaka tylko jest możliwa. Zresztą, Kolegę Znienawidzonego widuję czasem nadal. Nasza obustronna nienawiść trzyma się całkiem nieźle, mimo że teraz ograniczyła się do nieco bardziej obojętnej formy pogardy. Podobną nienawiścią obdarzyłam całą swoją klasę z podstawówki (bo przecież podstawówka to poważna sprawa). Pamiętam, że traciłam godziny na opisywaniu ich w jak najgorszym świetle, najczęściej w rozmowach przez gg. To nie był udany związek. Pamiętam też, że bardzo zależało mi na przeniesieniu się do jakiejkolwiek innej klasy, ale nigdy tego nie zrobiłam. Z tymi samymi ludźmi poszłam do gimnazjum, chociaż miałam wybór. Widocznie już wtedy bałam się niespodzianek i zmian w życiu -- lepiej jak jest gorzej, niż gdyby miało być inaczej.
Szczególnie fascynująca okazuje się moja pisownia: rodzicóff, ziomkóff, mushe, ave, siemanko, cosik, papatki. Do tego jeszcze powyrzej. Aż boli w oczy.
W styczniu notki zyskują na długości: mają od pięciu do dziesięciu zdań. Zaczyna się od premiery piątej części Harry'ego Pottera i jej dokładnych danych (przecież czytelnikom bloga potrzebne są informacje o wadze i ilości stron w książce, którą wielu z nich osobiście posiada). Dalej następuje krwawy ból i narzekanie na ludzką niesprawiedliwość w postaci niedoceniania tejże książki i sprzeciw wobec stwierdzenia, że jest to książka satanistyczna (podejrzewam, że gdzieś znalazłam artykuł na ten temat, ale nigdy nie poznałam człowieka, który rzeczywiście by tak twierdził). Mamy serię narzekań na brak ciekawych tematów na notki (to po co je pisałam?), przez co muszę skupiać się na grze w simsy. Samą siebie udało mi się pobić po przeczytaniu "Władcy Pierścieni", kiedy to zadeklarowałam, że zmiana szablonu "zapoczątkuje nową erę w historii tej rzeki, nową, elfią erę" i stwierdzenie, że mój blog to takie Lorien. Do tego osoby przeze mnie nielubiane nazywałam "Uruk-hai" (a w tym przypadku chyba nawet wiem, o kogo mi chodziło). Po obejrzeniu trzeciej części "Władcy Pierścieni" napisałam notkę na całe cztery (!) zdania o tym, że film jest fajny i Gimli też jest fajny. Notka pełna świeżego spojrzenia i polotu.
Nastąpiła epoka blogów na tenbicie, której sam fakt pamiętam, ale nie pamiętam tematyki i adresów (pewnie coś głupiego). Uczestniczyłam w kilku internetowych szkołach magii (...właściwie, kompletnie ich nie pamiętam) i reklamowałam wszystko i wszystkich.
Główna niespodzianka stycznia: na konkursie językowym źle zapisałam słowo "pretensje", co miałam pamiętać do końca życia. Nawet nie pamiętam tego konkursu.
Pisownia się rozwija: p@p@tki, Qba, masa emotek w postaci rozwiniętej :)))))))))), spox i miliardy pozdrowień dla dwóch tych samych osób pod każdą "nocią".
W lutym skończyłam czytać ten nieszczęsny "Zakon Feniksa" i głęboko nienawidziłam profesor Umbridge Porównywanie jej do "ochydnej, różowej ropuchy" wydawało mi się wtedy strasznie zabawne. Przeczytanie książki zajęło mi pięć dni, czym też musiałam się pochwalić przy pomocy nadprogramowej ilości wykrzykników (dwadzieścia siedem). Gdyby ktoś jeszcze nie czytał (a było to krótko po przemierze), uprzejmie zaspoilerowałam główne wątki. Nawet nie przyszło mi do głowy, że spoilery to coś złego.
Jest też deklaracja godna polityka: "nie chcem, ale muszem" zmienić szablon, bo publika się tego domaga. (Nie wiem tylko jaka, skoro nikt nie komentował). Akurat byłam małoletnią fanką "Wiedźmina", więc nowy szablon kojarzył mi się z postacią Ciri.
Kolejna jest notka, z której byłam wyjątkowo dumna, bo swego czasu wydawała mi się strasznie długa (z piętnaście zdań będzie). Narzekam na swoje życie, na "budę", używanie nieodśnieżonych "skrutów", nienawiść do klasy -- chociaż w tym przypadku uzasadniona, bo zostałam skopana w szatni (tego wydarzenia też nie pamiętam) i wygaduję się na blogu. Mój bunt przejawiał się wulgaryzmami i określeniem "normalny, zjebany dzionek".
Marzec to na zmianę notki o depresji i poprawie poziomu życia z "nudno-prostego na szalone,zwariowane :D" oraz seria gifów z czarownicami, które, o dziwo, jeszcze działają. Dalsza część wylewania nienawiści do mojej klasy (przynajmniej teraz wiem, dlaczego w podstawówce nie udało mi się nabrać pewności siebie). Zabiłam kanon zakładając bloga elfka-severuska (zła nazwa boli całe życie). Znajomi internetowi już są na miejscu, tematyczny czat o Harrym na wp.pl też, to było moje miejsce w sieci! Jakby od tego etapu trochę bardziej pamiętam to swoje dzieciństwo. Za to doceniam samą siebie za umieszczenie cytatów z "Pastiszu na przeciętny ff", którego w sieci już nigdzie nie ma. Brawa dla dwunastoletniej mnie!
skomentuj (0)
1. 2012-05-22 23:57:31
Wzrusza mnie to, że po tak
krótkim czasie wzięłam się za tego bloga. Aż muszę sobie z tej okazji zaklaskać. *przerwa na klaskanie*
Gdyby rysunek zuepłnie innej wersji szablonu nie leżał ze mną przez ostatnie 3 tygodnie, pewnie bym tego nie zrobiła. Nie zrobiłabym tego też, gdyby nie wypite dzisiaj 4 kawy, przez które do 22 nie chciało mi się spać. Oczywiście, jest już niemal dwie godziny później, więc padam z nóg. Ale co mi tam, raz się żyje -- trzeba robić szablony na blogaski!
Celem najbardziej docelowym robienia szablonu jest chyba zrzucenie z siebie poczucia winy za błogą bezczynność w obliczu nadchodzących egzaminów. Chociaż to nie jest tak, że zupełnie nic nie robię, to przecież zawsze pozostaje uczucie, że powinnam zrobić znacznie więcej, niż zrobiłam. A nie zrobiłam wcale aż tak mało. Dzisiaj. Jak na mnie, w każdym razie. Jestem z siebie prawie że dumna, gdyby nie to, że spędziłam kilka godzin pod kocem, oglądając sufit (jest krzywo pomalowany -- facsynujące, że nie dostrzegłam tego wcześniej!).
Dodatkowym atutem dzisiejszego wieczora-nocy jest to, że nauczyłam się najbardziej podstawowych podstaw obsługi CSS, której kompletnie nie rozumiałam. To już drugi powód, dla którego warto sobie poklaskać. Dowiedziałam się też, że mam całkiem sprawny skaner, mimo jego czasem dziwacznych wybryków i skanowania notatek w postaci mapy niepołączonych kropek. Ciekawa jestem tylko, kto zbezcześcił mój kabel do prądu, bo nie wygląda zbyt dobrze. Nie pachnie także.
W każdym razie to jest właśnie ten moment, w którym mimo wszystko uznaję, że wystarczająco się dziś napracowałam. Czas zdjąć z włosów dwie opaski, pośpiewać sobie pod prysznicem i pójść spać. Bo mam urocze fioletowe cienie pod oczami, a to podobno niezdrowe.
skomentuj (1)
Zero 2012-01-10 11:37:03
Cóż. Po zalogowaniu się na tego bloga jestem pod takim wrażeniem, że aż nie mogę go skasować. Wyrzuciłam za to wszystkie możliwe notki i cały przypadkowy spam z księgi gości - bo po co to. Po krótkim przemyśleniu stwierdzam, że dzieciom nie powinno się dawać internetu dopóki nie dojrzeją do wyjątkowo ogarniętego wieku lat co najmnij 15. Skasowanie z internetu swojej bytności, jeśli zapomniało się hasła do maila, który już nawet nie istnieje, jest trudniejsze, niż się wydaje. A mnie zostały jeszcze dwa miejsca do wykasowania, żeby moja historia się wyczyściła.
Tak czy inaczej, bloga z największą chęcią zachowam. Nawet wyprodukuję do niego szablon (kiedyś). Z ziemniakiem (być może). Od kiedy ostatnio pisałam tu cokolwiek, minęło już dość dużo czasu, więc chyba najlepiej będzie zacząć od podsumowania. A zmieniło się tylko wszystko. Ale z przyjemnością poświęcę swój wieczór na przeczytanie bezpiecznie zarchiwizowanych notek z mojego dysku. Byłam okropnym dzieckiem - przyznaję bez bicia. Na miejscu ludzi z mojej podstawówki też bym za sobą nie przepadała. Jaka szkoda, że nie pomyślałam o tym wcześniej.
skomentuj (0)
blog recovered with power of
blog.pl